Są takie doświadczenia, które wyglądają na „szalone” tylko do momentu, kiedy spróbujesz. Dla mnie morsowanie właśnie takie było: pierwsze wejście do mroźnej wody 19 grudnia i… zaskakująco szybkie „chcę jeszcze!”. A potem 28 lutego — już w większym gronie, podczas IV Morsowania Samorządowców Opolszczyzny nad akwenem Dębowa. Dwa dni, dwa różne klimaty, jedno wspólne uczucie: pozytywna energia i satysfakcja z przełamania bariery.
Nie będę udawał eksperta — 19 grudnia byłem typowym „debiutantem”. Głowa pełna pytań: czy dam radę, jak zareaguje ciało, czy to w ogóle dla mnie? A potem przychodzi moment wejścia do wody i… wszystkie te myśli znikają. Zostaje tylko tu i teraz.
To doświadczenie jest zaskakująco proste: wejść, oswoić chłód, wyjść — i poczuć dumę, że zrobiło się coś poza strefą komfortu.

28 lutego i IV Morsowanie Samorządowców Opolszczyzny to już zupełnie inny wymiar: wydarzenie, integracja i wspólna energia.

Po tych dwóch doświadczeniach mam bardzo proste wnioski:
To jest trening głowy – uczysz się opanowania, oddechu i bycia tu i teraz.
To jest trening konsekwencji – łatwiej potem dowozić inne rzeczy, kiedy wiesz, że potrafisz przełamać dyskomfort.
I tak: wrażenia mam zdecydowanie pozytywne – morsowanie nie okazało się sportem dla wyczynowców, tylko aktywnością, którą można mądrze i spokojnie oswoić.
Na co dzień zostaję raczej przy systematycznym saunowaniu – to forma regeneracji i wyciszenia, która świetnie wpisuje się w mój rytm. Morsowanie traktuję inaczej: nie jako obowiązek ani plan treningowy, ale jako okazjonalne, świadome wyzwanie.
Od teraz wiem jedno: jeśli nadarzy się dobra okazja – chętnie wskoczę do zimnej wody. Bez presji regularności, bez odhaczania terminów. Bardziej jako element przełamywania rutyny, sposób na szybki reset głowy i doświadczenie, które zawsze daje solidny zastrzyk energii.





Najnowsze komentarze